1 lis 2015

GIANCARLO DE CARLO - ODBIORCY ARCHITEKTURY (1969)

BUNT I UPADEK WYDZIAŁÓW ARCHITEKTURY

Kiedy wybuchły protesty studenc­kie - co było najważniejszym wydarze­niem politycznym od końca II Wojny Światowej - wydziały architektury na­tychmiast znalazły się w awangardzie tego ruchu. Na wielu uniwersytetach w Europie i na całym świecie studenci architektury jako pierwsi domagali się radykalnych zmian systemowych i od­nowy metod nauczania.

Stało się tak, ponieważ spośród wszystkich, to właśnie wydziały archi­tektury długo pozostawały pod kontro­lą profesorów, w interesie których, leżała tylko obrona szkół przed nowymi koncepcjami (w architekturze nowo­ściami nazywane są koncepcje sprzed co najmniej 50-ciu lat). Konflikt wy­buchł z wielką siłą, uniwersytet był przecież ostatnim bastionem starego porządku. Konserwatyści jednoznacz­nie i precyzyjnie zakreślili swoje teryto­rium, dlatego plany odnowy wydawały się równie jednoznaczne i precyzyjne. Ale po początkowym etapie żarliwego oporu, nauczyciele akademiccy zaczęli się zastanawiać, czy nowe koncepcje na­prawdę stanowią zagrożenie, zwłasz­cza, że zaakceptowano je już na wszyst­kich poziomach władzy. Ich zasadność uznali nawet urzędnicy państwowi i de­weloperzy. Właśnie ta powszechna zgo­da zrodziła podejrzenie, jakoby młode pokolenie straciło przynależną mu agresję. Nauczyciele akademiccy z roz­sądku zaakceptowali tę koncepcję, wy­konując godny podziwu piruet - zmie­nili dawny układ, obracając go wokół jego własnej osi. Przejęcie najmniej szkodliwych elementów nowego języ­ka - i akceptacja kilku najmniej groź­nych propagatorów tych nieszkodli­wych treści - pozwoliło w dużej mierze ocalić stary system. Rynek nierucho­mości miał w odpowiednim czasie i w innych okolicznościach wprowa­dzić w życie tę skazaną na sukces stra­tegię. Jednak wszystko skończyło się wielką porażką.



W międzyczasie bowiem, zapra­wieni w walce studenci, zmienili poglą­dy. Zrozumieli, że to nie tylko kwestia systemu i sposobu nauczania, ale — co znacznie bardziej istotne - celu ich kształcenia i ich społecznej roli. Nie chcieli walczyć o zamianę jednego sym­bolu na drugi, jednej osoby na drugą. Chodziło im o znalezienie nowej racji bytu dla architektów w świecie, na któ­ry zgodę wyrazili zarówno ich nauczy­ciele, jak i wpływowi potentaci, ludzie, którzy powinni znaleźć się po przeciw­nych stronach barykady. Tymczasem studenci mieli wszelkie powody, by ten świat zakwestionować. Szukali innej drogi uprawiania architektury, pozwa­lającej zbudować inny świat (świat chy­ba najlepiej określany poprzez negację: bez klas, bez ras, bez przemocy, bez re­presji, bez alienacji, bez specjalizacji, bez totalizacji). Architektura, aby odzy­skać postępowy charakter, musiała naj­pierw zweryfikować to, na ile nowe są rzekome nowości, a następnie stworzyć faktycznie nowe zjawisko, zarówno pod względem formy, jak i znaczenia, Ta rewolucja zakończyła się klęską, a być może nawet nigdy się nie zaczęła. Wzniosłe koncepcje, które stanowiły jej siłę napędową, wkrótce uległy degrada­cji, a wydziały architektury zamiast stać się samym centrum awangardy, pogrą­żyły się w stagnacji i straciły jakikol­wiek wpływ na rzeczywistość. Uniwer­sytety i praktyka architektoniczna nie zachęcały do odważnych poszukiwań. Nie pojawiły się żadne koncepcje ani faktyczne działania, które wpłynęłyby na rzeczywistość i doprowadziły do jej przemiany. Obszar architektury pozo­stał bezkształtny i nieokreślony, pozba­wiony struktury, a także niezdolny do regeneracji: nawet wewnętrzne sprzeczności nie były w stanie pobu­dzić go do życia.
 

DWUZNACZNOŚĆ ZAWODU ARCHITEKTA

Aby rozpocząć jakąkolwiek dysku­sję na temat wiarygodności (i historycz­nej prawomocności) współczesnej ar­chitektury, należy zastanowić się nad jej historią, biorąc za punkt wyjścia opisaną wyżej sytuację. Rozdźwięk po­między założeniami architektury, a jej stanem faktycznym, można zauważyć dopiero wtedy, gdy skupi się uwagę na głównym bohaterze tej opowieści — ar­chitekcie. Trudno znaleźć drugą profe­sję o tak szerokiej i rozmytej definicji. Architektem nazywa się każdego, od mistrza murarskiego aż do Boga (wiel­kiego „architekta" wszechświata). Brak precyzyjnej definicji zaważył na losie wszystkich, którzy chcą się określać tym mianem. Znaleźli się oni bowiem w im­pasie: z jednej strony podejrzenia o to, że nic nie znaczą, wywoływały w nich frustrację, z drugiej strony poczucie, że osiągnęli wszystko, napawało ich pychą.



W zależności od momentu histo­rycznego i potrzeb dominującej władzy, architekt mógł upodabniać się do murarza lub boga. Pod koniec średniowiecza i na początku renesansu był on, jeśli nie mistrzem murarskim, to na pewno mistrzem budownictwa. W starożytnym i Egipcie, od I dynastii aż do podboju Egiptu przez Aleksandra Wielkiego, nawet jeśli nie uznawano go za boga, to na pewno za wysokiego kapłana i strażnika tajemnic państwowych. We wszystkich epokach, niezależnie od doniosłości swojej funkcji, architekt miał realizować wizję świata tych, którzj dzierżyli władzę. Architekci zawsze potrzebowali pieniędzy, materiałów, ziemi i legitymizacji dla swoich działań. Wszystko to mogła im zapewnić tylko dominująca władza, dlatego z definicji musieli się z nią identyfikować, nawet gdy w konsekwencji stawali się tylko narzędziem w jej rękach. Społeczeństwo burżuazyjne, które niczego nie pozostawiało przypadkowi i natychmiast eliminowało wszelkie przejawy niezależności, również próbowało określić zasadnicze funkcje architekta w ramach bardziej ogólnej definicji jego zawodu. Jako profesjonalista, architekt stał się typowym przedstawicielem klasy rządzącej. Do jego obowiązków należało zgłębienie tajników technik budowlanych (później także urbanistyki, a jeszcze później architektury środowiska) i zastosowanie ich w praktyce. W zamian otrzymywał pieniądze i szacunek, o ile nie zaczął się zastanawiać nad swoimi motywacjami i konsekwencjami swoich działań, próbując wpisać je w szerszy kontekst polityczny. Postępująca profesjonalizacja społeczeństwa mieszczańskiego sprawiła, że architekci musieli coraz bardziej się specjalizować. Liczył się bowiem tylko sposób uprawiania zawodu. Kwestię powodów jego wykonywania uznano za rozstrzygniętą raz na zawsze. Ale taka hierarchizacja, bardzo skuteczna na innych polach zawodowych, nie mogła się sprawdzić w przypadku architektury. Nie dlatego, że architektura była ustrukturyzowana na poziomie idei oraz praktyki zawodowej i mogła w ten sposób bronić się przed instrumentalizacją, ale dlatego, że takiej struktury nie posiadała. Nie wolno zapominać o tym, że w świecie nękanym wstrząsami rewolucji przemysłowej, zaczęto realizować uświęcony program specjalizacji, a bojownicy o sprawę architektury nadal obsesyjnie zajmowali się kwestiami stylu. Proponowali czystą manipulację na poziomie znaków, choć już wtedy nadeszła najwyższa pora , na rewolucję w sposobie myślenia oraz sposobie pracy.

Pomijając wcześniejsze kwestie, można zadać pytanie o to, jak i w czym architektura w ogóle mogła się wyspecjalizować? Szkoły architektury zrodziły się z trudnego związku sztuki i techniki, jako bezpłodna hybryda. Ich zakres programowy - do dziś dnia nie zmieniony ani o jotę - powstał w wyniku powiązania na siłę kilku słabo rozwiniętych gałęzi wiedzy technicznej ze starym pniem sztuk pięknych. Nie sposób pogodzić takie sprzeczności. Tradycja akademicko-artystyczna z konieczności systematycznie uniemożliwiała tworzenie konkretnych rozwiązań technologicznych, zaś technologia podcinała skrzydła każdej abstrakcyjnej koncepcji o artystycznych aspiracjach.

Sztuka akademicka i praktyka technologiczna, sztucznie zmuszone do współpracy, wspólnie opóźniały rozwój architektury jako dyscypliny naukowej oraz odcinały ją od sfery społecznych przemian. W ten oto sposób, z powodu braku dyscyplinującej struktury, architektura uchroniła się przed specjalizacją, ale jednocześnie pogrążyła się w chaosie, który do dzisiaj pozostaje jej główną bolączką.
 

MODERNIZM: POMIĘDZY ZAANGAŻOWANIEM A OBOJĘTNOŚCIĄ

Oczywiście, ktoś mógłby w tym miejscu wytknąć mi, że bezpodstawnie pomijam modernizm, formację, która miała wielu przedstawicieli i była ideowo niezwykle zróżnicowana. To prawda, modernizm dawał szansę na rewolucję w architekturze. Najpierw jednak należy się zastanowić nad tym, czy o architekturze można pisać w kategoriach „wiarygodności", to znaczy czy może ona posiadać określoną „publiczność". Trzeba zatem postawić fundamentalne pytanie: kim są odbiorcy architektury? Czy są nimi sami architekci? Ich zleceniodawcy? A może wszyscy, którzy korzystają z wytworów architektury? Jeśli to trzecia hipoteza jest prawdziwa - a dziś chyba trudno byłoby ją obalić - to na dokonania modernizmu oraz jego przedstawicieli trzeba będzie spojrzeć z nowej perspektywy, innej niż ta, która została ustanowiona przez sam modernizm. Nie możemy zapominać, że powstał on jako twór niedoskonały i zachował w sobie całą amorficzność materii, z której się wyłonił. Na przykład ocalił dwuznaczność wpisaną w zawód architekta (była ona jednym z rezultatów mieszczańskiej profesjonalizacji), a także skłonność do łączenia ze sobą sztuki i techniki poprzez prostą, jakościową modyfikację pierwszego z tych „dwóch czynników". Prowadziło to w prostej linii do zastąpienia sztuki akademickiej sztuką modernistyczną. A przecież był to doskonały moment, by porzucić jałowe debaty i zająć się metodami tworzenia i przeznaczeniem architektury, tak by stała się pełnoprawną dziedziną nauki oraz by mogła zyskać prawdziwie nowe środki wyrazu.

Niestety, powyższe kwestie wynikały jedynie ze znacznie poważniejszego problemu, stanowiącego integralny element tej bezkształtnej materii, z której wyłonił się modernizm. Problem ten to celowy i programowy elitaryzm. Nie twierdzę przy tym, że modernistów było za mało, by mogli cokolwiek zdziałać, bo przecież zarzewiem prawdziwych zmian są zazwyczaj niewielkie środowiska. Stawiam jedynie pod znakiem zapytania sposób, w jaki zdefiniowali swoje pole operacyjne. Modernizm z sukcesem zaanektował obszar od dawna okupowany przez badaczy architektury i architektów komercyjnych; obszar ograniczony do relacji pomiędzy klientami, przedsiębiorcami, właścicielami gruntów, krytykami, znawcami i samymi architektami; obszar, na którym zawiązała się sieć interesów klasowych i ekonomicznych, którego integralność gwarantowało tajemnicze napięcie między kulturowymi i estetycznymi kodami klasowymi. Wszystkie zjawiska, które nie mieściły się w tych ramach, znalazły się poza oficjalnym obiegiem. To prawda, prace kilku modernistów wykraczały poza te ciasne ramy, ale oni sami uparcie trwali na elitarnych pozycjach, tylko czasem spoglądając w innym kierunku. Nigdy nie stanęli po stronie ludzi - tych, którym architektura może pomagać lub przeszkadzać. Nie sposób przecenić koncepcji i dokonań Loosa, Le Corbusiera i kilku innych postaci (krytyka pomija dzielące ich różnice i wrzuca ich do jednego worka), bez których architektura nie mogłaby się obejść. Ale ich działania to zaledwie kropla w morzu nierozwiązanych problemów współczesnej architektury. Dystansując się wobec realnych uwarunkowań społecznych i podstawowych wymagań środowiska, elitarna architektura modernistyczna traciła funkcjonalność. Architekci, których status zawodowy pozostawał od zarania niejednoznaczny, jeszcze bardziej oddalili się od rzeczywistości, zaś architektura zaczęła tracić stabilne podstawy w realnym świecie. W tej sytuacji doszło wprawdzie do głosu kilku wybitnych poszukiwaczy nowych rozwiązań, ale zrodziła się także cała masa szarych wyrobników. To oni podcinali skrzydła wszelkim nowym inicjatywom, redukując je i do poziomu martwych symboli i dostosowując je do potrzeb klasy rządzącej. Tej rzeszy wyrobników nie trzeba bliżej przedstawiać. Jeśli całą kulturę wyobrazimy sobie jako cebulę, oni stanowią samo jej centrum: najpierw są filozofowie, ekonomiści, socjologowie, politycy i historycy, potem nauczyciele, inżynierowie, artyści, dekoratorzy wnętrz, projektanci, budowniczowie, urbaniści itd. W samym środku sytuują się właśnie oni - doradcy tych, którzy dzierżą władzę - eksperci od wykorzystywania powierzchni budowlanej po ostatni metr kwadratowy, którzy potrafią obejść każdy przepis prawa budowlanego i zyskać kulturową sankcję dla łupieżczych napadów na przestrzeń miejską. Żyją na terytorium podległym doradcom finansowym, politykom i biurokratom, którzy za nic mają potrzeby zwykłych ludzi. Nie trzeba dalej opisywać typowego wyrobnika, znamy go aż za dobrze, jeśli nie z własnego doświadczenia, to z książek, filmów czy telewizyjnych programów kabaretowych, które dzisiaj, w naszych neokapitalistycznych czasach, przedstawiają tę postać jako prototyp intelektualnej alienacji. To przez wyrobników nikt dziś nie wierzy w architekturę. Jednak znacznie większy pożytek przyniesie analiza sedna problemu, a nie jego marginalnych przejawów, choćby wydawały się istotne i zróżnicowane. Rzecz w tym, że architekci stracili wiarygodność, gdy zwrócili się do tych samych odbiorców, co wcześniej biznesmeni i profesorowie i gdy zajęli elitarną pozycję po stronie zleceniodawcy, a nie przeciętnego użytkownika. Doświadczenie historyczne uczy, że kiedy tylko elity deklarują swoją neutralność, w tej samej chwili uzależniają się od władzy. Ta zaś łaskawie zezwala im na neutralność, bo sama czerpie z niej korzyści, wystarczy, że wyrazi nią zainteresowanie. Natychmiast pojawia się wtedy oczekiwany efekt warunkowania sprawczego. Kiedy bowiem bez specjalnego zaangażowania szuka się odpowiedzi na pytanie „jak budować", kwestię „dlaczego budować" łatwiej wymazać z pamięci.


WAŻNE "JAK", NIEWAŻNE "DLACZEGO" 

Dwa wydarzenia z historii modernizmu świetnie ilustrują ten mechanizm wyparcia. Pierwsze to Kongres Architektury Nowoczesnej we Frankfurcie w 1929 roku, zatytułowany „Mieszkanie minimum egzystencjalnego", drugie to kongres w Hoddesdon w 1951 roku, zatytułowany „Serce miasta". Pierwszy był zdecydowanie ważniejszy od drugiego, pod względem stopnia zaangażowania uczestników, ale oba wydarzenia okazały się tak samo istotne, budziły ogromne nadzieje, a potem przyniosły wielkie rozczarowanie. We Frankfurcie architekci zajęli się tym, „jak" zaspokoić nowe potrzeby mieszkaniowe, które dały o sobie znać po zakończeniu I Wojny Światowej we wszystkich miastach świata. Nie bez racji podnieśli akurat tę kwestię, ale mylnie zakładali, że nikt przed nimi nie zwrócił na nią uwagi. System kapitalistyczny dużo wcześniej rozpoznał ten problem i nadał mu dramatyczne rysy, kiedy ściągnął do miast rzesze rolników jako silę roboczą dla rozwijającego się przemysłu, nie troszcząc się o ich warunki mieszkaniowe w mieście. Nastąpił krach systemu zaplątanego w sidła własnych wewnętrznych sprzeczności. Hasło: „więcej mieszkań albo mniejsza wydajność" (architekci posługiwali się czasem jego bardziej radykalną wersją: „architektura albo rewolucja") stanowiło wyraz tych niepokojów. Jako rozwiązanie zaproponowano budownictwo seryjne, po najmniejszych kosztach. Zredukowano powierzchnię mieszkalną do tak zwanego „minimum egzystencjalnego". Uczestnicy kongresu we Frankfurcie prześcigali się w wymyślaniu błyskotliwych rozwiązań, nie tylko zmniejszając coraz bardziej metraż i przestrzeń przypadającą na jedną osobę, ale także eliminując wszystko, co nie mieściło się w abstrakcyjnych parametrach ludzkiej fizjologii. Poszukując odpowiedzi na pytanie „jak" budować, architekci stawali po stronie władzy. Nie zastanawiali się „dlaczego" budują, nie uświadamiali sobie, jak istotna kulturowa rola przypadła im w udziale.

Dziś, czterdzieści lat później, ich koncepcje przybrały realne kształty naszych domów, domów naszych sąsiadów, miejskich przedmieść, a nawet całych miast. To namacalne dowody krzywdy wyrządzonej najpierw najbiedniejszym, a później całemu społeczeństwu. Frankfurckie postulaty stały się i kulturowym alibi dla najbardziej brutalnego ekonomicznego przekrętu i bezmyślnego politycznego marnotrawstwa. Pytania o motywacje działań architektów, wtedy tak nonszalancko zignorowane, nie znajdują dziś posłuchu. Ale mamy przecież prawo zapytać „dlaczego" budownictwo mieszkaniowe musi być możliwie najtańsze, a nie, na przykład, „drogie"? „Dlaczego" zamiast obsesyjnie redukować wszystkie parametry do minimum (metry kwadratowe, grubość murów, jakość materiałów), nie próbujemy budować mieszkań bardziej przestronnych, bezpieczniejszych, wygodniejszych i lepiej wyposażonych, które dawałyby nam poczucie prywatności, ułatwiały komunikację i relacje z innymi, a także umożliwiały twórczą pracę? Dziś już nikt nie da się nabrać na to, że powodem takich decyzji są ograniczone środki finansowe. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, ile wydaje się na wojny, rakiety i systemy anty-rakietowe, na podbój księżyca, na poszukiwania najłatwiejszych sposobów defoliacji lasów, w których przebywają partyzanci, na zamykanie demonstrantów w gettach i unieszkodliwianie ich, na szkolenie ukrytych doradców, na kreowanie sztucznych potrzeb itd. Jedynym celem istnienia skali wartości ustanowionej przez struktury władzy jest tylko przedłużanie własnego trwania. Dlatego w żadnym razie nie wolno zgadzać się na byle jakie budynki mieszkalne, miasta i krajobrazy. Powinniśmy zerwać z dogmatami uchwalonymi we Frankfurcie i przestać wierzyć w to, że w kuchni o małym metrażu szybciej usmażymy omlet.

Skupiając się jedynie na sposobie budowania i ignorując pytanie o motywacje działań architektów, odrywamy proces projektowania od rzeczywistości. Poszukiwanie rozwiązań architektonicznych polega z jednej strony na określaniu celów działań, a z drugiej na ocenie ich efektów. Każdy projekt, pomijający te dwa kryteria, motywację i kontrolę, staje się niezbitym dowodem na idiotyzm przymusowej specjalizacji, która z kolei wpływa na jakość rozwiązań, pozbawiając je integralności. W zasadzie, wszystkie udogodnienia zaproponowane przez uczestników konferencji we Frankfurcie - więcej powietrza, więcej światła, więcej słońca, więcej zieleni, więcej konsekwencji w projektowaniu -    jako rekompensata za minimum egzystencjalne w budownictwie mieszkaniowym - nie zostały zrealizowane w praktyce, bowiem uznano je za bezużyteczne dodatki, za „godne pogardy" ozdobniki. Tych postulatów nie uwzględniano, gdy określano „konkretne cele" rozwiązań architektonicznych, ani gdy przeprowadzano kontrolę „konkretnych efektów", na którą ani architekci, ani użytkownicy nie mieli żadnego wpływu. Problem został źle zdefiniowany, a zaproponowane rozwiązania okazały się nieskuteczne, co doprowadziło do katastrofy, z której skutkami się zmagamy. Problem został na tyle źle zdefiniowany, że dziś, czterdzieści lat później, pomimo powszechnej zgody na to, by najbiedniejszym oferować najtańsze, a więc najbrzydsze mieszkania na rynku, zapotrzebowanie na nowe budynki mieszkalne pozostaje niezaspokojone. Jest wręcz na odwrót: brak tanich mieszkań jest właściwie najpoważniejszym deficytem naszych czasów.


HODDESDON - JAK WE FRANKFURCIE, TYLE ŻE GŁUPIEJ

Uczestnicy konferencji w Hoddesdon w 1951 roku byli przekonani, że jako pierwsi w historii podnieśli kwestię odbudowywania centrów miast i przywrócenia im życia.

W obliczu nędzy panującej na przedmieściach i demoralizacji wywołanej „zonowaniem", czyli zaproponowanym przez samych architektów podziałem wewnętrznym miasta na lepsze i gorsze dzielnice, doszli oni do wniosku, że w centrach miast trzeba z powrotem umożliwić komunikację i wymianę, stworzyć przestrzeń oferującą wiele potencjalnych doświadczeń. Miały się one stać „sercem" pompującym krew do odległych i zdewastowanych części miasta. W Hoddesdon, podobnie jak we Frankfurcie, z narastającym znużeniem wysuwano jeden postulat za drugim. Proponowano, by w centrum skupić najważniejsze urzędy, a wokół niego rozmieścić atrakcyjne tereny rekreacyjne, ułatwić ruch pieszym, wybudować duże parkingi i usytuować główne placówki użyteczności publicznej, zachowując jednocześnie jego zabytkowy charakter. Podobnie jak we Frankfurcie, koncepcje zaproponowane w Hoddesdon wcale nie były oryginalne. Podejmowano tam równie pochopne decyzje, nie zastanawiając się głębiej nad ich uzasadnieniem i konsekwencjami. Już wtedy, we wspólnym interesie właścicieli gruntów i biurokracji państwowej, zaplanowano brutalną akcję pod nazwą „rewitalizacja miejska". Najbogatsi mieszkańcy amerykańskich miast, którzy wcześniej przenieśli się na przedmieścia, teraz zaczęli odczuwać trudy codziennych dojazdów zatłoczonymi drogami i zmęczenie życiem na uboczu, w monotonnym krajobrazie złożonym z powtarzających się elementów. W Europie natomiast najbogatsi nigdy nie opuścili zabytkowego centrum, więc im z kolei zaczęło przeszkadzać to, że w bliskim sąsiedztwie znajduje się wiele zdewastowanych dzielnic, zamieszkanych przez rozrastającą się klasę ubogich. Po obu stronach Atlantyku przedmiotem ogromnego zainteresowania stała się potencjalna wartość terenów budowlanych, zlokalizowanych w centrum regionu, w miastach i na ich obrzeżach. Mogłyby osiągnąć wysoką wartość, gdyby tylko oczyścić je z biedoty i wyrzutków społecznych: czarnych, latynosów, imigrantów, ludzi żyjących na skraju nędzy, gastarbeiterów i robotników.

Architektoniczne eksperymenty z Hoddesdon po raz kolejny posłużyły jako kulturowe alibi dla politycznej i ekonomicznej grabieży. Teorie i koncepcje przebudowy centrów miast zapoczątkowały proces przekształcania ich w centra biznesowe, komercyjne, rekreacyjne czy po prostu centra zabytkowe. Tworzono je - by posłużyć się ponurą retoryką - w celu zapewnienia dominującej klasie trwania dawnej hierarchii wartości, a także przywileju zamieszkiwania najatrakcyjniejszych przestrzeni miejskich. Ignorancja architektów, a raczej ich wrodzona beztroska wobec motywacji i konsekwencji ich działań, w zdecydowany sposób przyczyniła się do pogłębienia podziałów społecznych i nadania im najbardziej brutalnej i skandalicznej formy, jaką jest segregacja klasowa w przestrzeni miejskiej. Centrum stało się domem dla najbogatszych, miejscem prowadzenia najbardziej dochodowych interesów, obszarem zarezerwowanym dla biurokracji i polityki. Najbiedniejsi zostali odcięci od prawdziwego życia miasta i skazani na „egzystencjalne minimum".

KILKA PRZYCZYN NIEWIARYGODNOŚCI ARCHITEKTURY

Konferencje we Frankfurcie i Hoddesdon stanowiły część historii najbardziej doniosłego ruchu w dziejach architektury. Gdybyśmy sięgnęli do historii ruchów o mniejszym znaczeniu lub do historii zrzeszeń zawodowych, bez trudu natrafilibyśmy na jeszcze bardziej poważne debaty. W mojej analizie nie chcę jednak gromadzić dowodów na obecny kryzys wiarygodności architektury, tylko odkryć jego przyczyny, by odsłonić, a następnie usunąć jego głębokie korzenie. Na razie jednak ograniczę się do obserwacji i opisu, podejmując następujące kwestie:

1.    Skończył się czas bohaterów, ponownych narodzin i uniwersalnych rozwiązań. Forma nie wynika już w sposób konieczny z funkcji, „mniej" wcale nie oznacza już „więcej" i nie wygląda na to, żeby „więcej" miało kiedykolwiek znowu oznaczać „mniej": użyteczność i piękno nie są już połówkami tego samego jabłka. Nikt już nie próbuje powiązać teoretycznych badań i ich praktycznego zastosowania. Z jednej strony mamy bezmyślny, bezkrytyczny i repetytywny Biznes, z drugiej strony natomiast zbierającą siły, arogancką, nadętą i pełną fałszywych ambicji Akademię. Architekturę przedstawia się w korzystnym świetle jako czystą technikę i dzieło wyobraźni, a architekta jako albo pracowitego urzędnika, ślęczącego nad księgami wieczystymi, albo natchnionego twórcę pomników. Rozwiązań oczekuje się od socjologów, ekonomistów i geografów, a gdy oni odmawiają współpracy, twierdząc z patosem, że w tej sytuacji nie sposób zająć żadnej pozycji, rozlega się chór głosów samooskarżenia. Na ogół jednak ci, którzy publicznie się biczują, prywatnie wchodzą we współpracę z deweloperami, a dzięki zarobionym pieniądzom mogą dalej się biczować. Jak widać zaplecze ideologiczne architektury dalekie jest od uporządkowania.

2.    Takie samo zamieszanie panuje w sferze praktyki: budynki projektuje się - jak zawsze - w sposób empiryczny, zmysłowy, intuicyjny i prowizoryczny, a następnie stawia się je przy użyciu topornych, mało precyzyjnych i nieopłacalnych technologii, które pamiętają jeszcze czasy Starożytnego Rzymu. Problemy masowej produkcji i kwestia półfabrykatów wciąż pozostają nierozwiązane i spotkać je można tylko w fantastyce naukowej, zaś dylematu „jakość, czy ilość" nie udało się rozstrzygnąć, odsunięto na bok zagadnienie projektowania dla mas. Jego miejsce zajął monumentalizm oraz formalny utopizm, zaś jak grzyby po deszczu wyrosły hipotetyczne projekty mauzoleów, wielkich kompleksów, systemów uniwersalnych, obiektów futurystycznych itp., specjalnie przygotowywanych dla galerii sztuki i czasopism, a w szczególnych wypadkach projektowanych jako ozdoba pokazowych działań urzędów administracji i władz państwowych. Tymczasem w sprawie planowania przestrzennego - reorganizacji miast, transportu, budownictwa mieszkaniowego, miejsc użytku publicznego, miejsc pracy - nikt nie kiwnął palcem, a ogromna większość decydentów uznała, że jedyną siłą, jaka może odpowiedzieć na najbardziej palące potrzeby, jest przemysł.

3.    Jeszcze większe pomieszanie zapanowało na uniwersytetach, gdzie bunt studencki doprowadził do obnażenia całej głupoty i nieudolności pedagogów. Ówczesny kryzys, choć głęboki i poważny, nie przyniósł żadnych zmian. Wykładowcy natychmiast wskoczyli do łodzi ratunkowych, zostawiając studentów na tonącym statku, a potem sprytnie wrócili do sterów, by kontynuować rejs, nie troszcząc się o jego cel.

4.    Krytycy i recenzenci z przeglądów architektonicznych i tygodników, nadal sieją swoją propagandę. Krytycy, znużeni kryzysem idei i działań, wędrują po splątanych ścieżkach (często, jak w czasie podróży przez labirynt, powracając do punktu wyjścia).


Można jednak zauważyć rysujące się dwie tendencje. Niektórzy krytycy zajmują się dziejami architektury, skupiając się na najważniejszych nazwiskach. A jeśli takich nazwisk nie znajdują, to muszą je wymyślać, co wywołuje nieporozumienia i domaga się żmudnej demitologizacji. Inni zapożyczają modele symulacji ze sztuki figuratywnej, humanistyki, literatury, czasami nawet uciekając się do intelektualnych paradoksów. Prowadzi to do jeszcze poważniejszych nieporozumień, które nie tylko zafałszowują kulturową wartość architektury, ale również powodują ogromne zdziczenie obyczajów wśród architektów. Symptomatyczna jest również zmiana języka architektury. Ten obecnie używany bardzo często okazuje się niezrozumiały, pozbawiony składni. Razi on swoją nieczytelnością, która służy tylko temu, by zatuszować brak tych idei i celów, które powinna realizować architektura.

5. Powszechnie wiadomo, że dziennikarstwo ma wielką moc odrywania architektury od rzeczywistego kontekstu. W żadnym czasopiśmie czy stałej kolumnie nie pojawiła się choćby jedna propozycja uwzględnienia perspektywy użytkowników. Prasa branżowa nie informuje o tym, jak architektura funkcjonuje w życiu codziennym. Nie publikuje rysunków, zdjęć ani tekstów naprawdę ukazujących ludzi, którzy używają, przekształcają czy, na swój sposób, tworzą oddany w ich ręce trójwymiarowy obiekt. W efekcie architektura staje się potencjalną, a nie faktyczną przestrzenią. Nie jest przestrzenią konkretną, zbudowaną z prawdziwych materiałów i zamieszkaną przez ludzi, którzy wchodzą z nią w coraz to nowe relacje.

Dlaczego więc architektura miała by być dziś wiarygodna? Nie troszczą się o to ani użytkownicy architektury ani klienci architektów. Podobnie jak w czasie pierwszej rewolucji przemysłowej, tak i w tym nowym okresie, który rodzi złe przeczucia i wielkie nadzieje, architekci zajmują się trywialnymi kwestiami, odmawiając zaangażowania, zatracają się w próżni.

ARCHITEKTURA JEST ZBYT WAŻNA, BY POWIERZAĆ JĄ ARCHITEKTOM

Niemniej jednak, świat nie mógłby istnieć bez architektury. Jak długo ludzie żyją w przestrzeni fizycznej, tak długo jej organizowanie stanowić będzie odpowiedź na podstawowe potrzeby egzystencjalne, dostarczając jednocześnie najbardziej bezpośredniego i konkretnego środka komunikacji poprzez system materialnych sposobów reprezentowania siebie. Poza tym, świadome przekształcanie środowiska dostarcza racji bytu dla gatunku ludzkiego na obecnym etapie ewolucji. Architektura może określić swoją rolę, kiedy zajmie się wszystkimi sprzecznościami, które wynikają z tych przekształceń. W rzeczywistości jednak proces ten utknął w martwym punkcie, wśród niemożliwych do rozwiązania paradoksów. Ludzkie działania stają się coraz liczniejsze, zróżnicowane i wszechobecne, dlatego decyzje dotyczące ich lokalizacji i sposobu realizacji coraz częściej podejmowane są w wąskich kręgach ludzi sprawujących władzę ekonomiczną, prawną i technologiczną. Architektura może uśmiercić lub ożywić ten paradoks, w zależności od tego, po czyjej stronie zechce stanąć: po stronie władzy czy też tych wszystkich, których ta władza tłamsi i wyklucza. Oczywiście tylko ta druga opcja daje możliwość zasadniczej odnowy, ale z równą pewnością możemy stwierdzić, że tak zwana „architektura architektów" wybrała tę pierwszą możliwość. W rzeczywistości architektura stała się zbyt ważna, by pozostawić ją w rękach architektów. Prawdziwa metamorfoza musi przynieść ze sobą zarówno nowe zasady w projektowaniu i budowaniu, jak i zaowocować nowym etosem zawodowym: aby budowanie i użytkowanie stały się częścią tego samego procesu planowania, wszelkie bariery pomiędzy twórcami i odbiorcami architektury powinny zostać usunięte. Dlatego agresja wpisana w architekturę i pasywność wymuszona na odbiorcach powinny się nawzajem niwelować. Zapanuje wtedy równowaga, a obie strony wezmą na siebie odpowiedzialność za tworzenie i podejmowanie decyzji. Każdy będzie architektem (choć różnice mogą dotyczyć konkretnego oddziaływania), a każde przedsięwzięcie architektoniczne stanie się architekturą (bez względu na to, kto je wymyśli i przeprowadzi). Innymi słowy metamorfoza musi wiązać się ze zmianą obecnej sytuacji, w której architekt sprawuje represyjną władzę, zaś architektura powstaje poprzez odniesienie do kodów klasowych, które sankcjonują jedynie to, co wyjątkowe. Im bardziej wyjątek ten oddala się od kontekstu, tym bardziej się go akcentuje. Pomysł, by „nie widzieć otoczenia" (do perfekcji opanowała tę zdolność oficjalna krytyka, posługująca się w tym celu wyretuszowanymi, czy wręcz sfałszowanymi fotografiami budynków bez mieszkańców lub koncentrując się na językowej analizie przestrzeni, bez uwzględnienia jej funkcjonalność i użyteczności) to - nazywając rzecz po imieniu - ideologiczne, socjologiczne i kulturowe oszustwo, którego odpowiednika trudno szukać w innych dyscyplinach.


ARCHITEKTURA ZMIENIA KONTEKST, W KTÓRYM SIĘ POJAWIA

Nieprędko dojdzie do radykalnej odnowy postaw i poglądów na architekturę. Trudno oczekiwać, że odbędą się ona bez głębokiej transformacji bazy, której przemiany warunkują z kolei rozwój architektury, należącej przecież do sfery nadbudowy. Trzeba jednak jasno zdefiniować dialektyczne kategorie, w ramach których opisuje się tę zależność, by zanadto jej nie upraszczać i nie używać jako alibi dla konserwatywnych albo defetystycznych postaw. Zmiana w bazie umożliwia niekiedy odnowienie nadbudowy. Żeby jednak do takiego odnowienia doszło, musi ono dokonać się w samej nadbudowie, stwarzając przestrzeń dla dalszych transformacji bazowych. Nowe infrastruktury w obrębie nadbudowy oddziałują na bazę, ucieleśniając jej dążenia. Pod tym względem architektura ma ogromną przewagę nad innymi dyscyplinami, ponieważ produkuje konkretne obrazy tego, jak mogłaby wyglądać przestrzeń fizyczna, gdyby zmieniła się sama baza. Innymi słowy, architektura umieszcza fizycznie dostrzegalne i doświadczalne fakty w obrębie wąskiego spektrum tego, co w ogóle możliwe (albo w pęknięciach wywołanych sprzecznościami) w bazie, w danym miejscu i czasie. W architekturze nie może pojawić się żadna nowość, która nie zostałaby wcześniej wynaleziona i opracowana przez samą architekturę na jej warunkach. Ale to nowe zjawisko (o ile rzeczywiście jest i nowe), naprawdę zaprogramowane, by zmienić całą bazę, staje się „materialną przyczyną" sytuacji, w której się pojawia, oddziałując na bazę i przyczyniając się do jej zmian. Nie możemy zatem biernie tkwić w jaskini architektury w jej obecnym kształcie, czekając na społeczne odrodzenie, które automatycznie stworzy taką architekturę, jakiej chcemy. Musimy zmienić cały zakres podmiotów i przedmiotów, które teraz biorą udział w procesie tworzenia tej architektury. Nie ma innej drogi, by odbudować historyczną prawomocność architektury i przywrócić jej utraconą wiarygodność.





fragment
źródło: "Zawód Architekt: Warszawa w Budowie", MSN 2013.


9 komentarzy:

  1. Również uważam, że świetny wpis ;) Pokazuje kontrowersyjny punkt widzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wpis, oby więcej takich! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobry tekst, czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny tekst, bardzo dobrze się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  5. hm
    frazesy są zgubne, ludzie plączą się w słowach, zdaniach, pięknych formach, zapominając o tym, co najważniejsze, przestrzeni, odczuciach, formie i przyszłości.

    Architektura to nie tylko teraźniejszość, ale przede wszystkim przyszłość.

    Z pozdrowieniem, Tomek

    OdpowiedzUsuń
  6. bardzo fajny tekst, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. ciekawa historia :) pozostałe wpisy tez warto przeczytać, pozdr :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zajmujący artykuł, oby więcej takich na blogu.

    OdpowiedzUsuń