29 sie 2012

SANFORD KWINTER - LA TRAHISON DES CLERCS (1999)

    Żyjemy w niesamowitych czasach. Bardzo rzadko produkcja architektury jest tak mocno ugruntowana teoretycznie. Bardzo rzadko teoria jest tak często legitymizowana poprzez produkcję. Teoretycy coraz częściej projektują, praktycy natomiast urozmaicają świat koncepcji, argumentów i tekstów. Te dwie dziedziny uzupełniają się dzisiaj tak mocno, że łatwo jest zapomnieć o problemach związanych z każdą z nich. Ten miłosny festiwal ma też swoją mroczną stronę, która wydaje się nie budzić żadnego zainteresowania społeczeństwa. Dokładnie tak samo dzieje się w przypadku ekonomistów mówiących nam dzisiaj, że obecny poziom wzrostu gospodarczego jest niestabilny, majątek publiczny przeszacowany, a wykresy analityków giełdowych opadają pod wpływem grawitacji. Mimo to są oni pogardzani i ignorowani za sprawą ogólnie panującej bezkarności i braku wizji. Architektura wyrzekła się jakichkolwiek punktów widzenia wykraczających poza krótki okres jej funkcjonowania, które od zawsze określały jej przyszłość i duszę, a także kształtowały jej najgłębsze idee. Wszyscy chcą napić się na imprezie, nikt natomiast nie chce być kierowcą.

    Czas trzeźwości to odpowiedź na trzeźwo zadane pytania. Jako pisarz niejednokrotnie służyłem za obrońcę wadliwej architektury i rehabilitowałem nierozwinięte i bezdomne koncepcje innych. Nigdy jednak nie popierałem neokonserwatywnego fundamentalizmu, który w ostatniej dekadzie rozpowszechnił się w środowiskach kulturalnych i akademickich, a teraz rozprzestrzenia się także na polu krytyki teoretycznej. Dzisiejsza neokapitalistyczna detoksykacja - wyrażona głównie egzaltowaniem rynku i jego (nie dowiedzionej jeszcze) skuteczności i inteligencji - nie została jeszcze odzwierciedlona w kulturze, społeczeństwie ani mediach. Nawet intelektualiści, jeżeli jeszcze tacy istnieją, nie zauważają żadnych zmian. Mimo tego architektura, kiedyś tak słabo związana z humanistyką i socjologią, osiągnęła poziom złożoności na poziomie bliskim teoriom zarządzania biznesem i badaniom rozwojowym. Naprawdę oznacza to jednak homogenizację wszystkich dyscyplin naukowych zarówno w ich treści jak i sposobie ich wyrażania.
    Architekci bardzo rzadko starają się ukryć, że dla swoich patronów są tylko dziwkami (być może 'brak wstydu' jest najlepszym określeniem ich służalczości). Dzisiaj jednak powstaje nowy etos, który stara się legitymizować taką postawę i stworzyć z niej radykalny program działania. Z suchej części europejskich nizin przybyła do nas nowa fala - architektura holenderska, która zastąpiła poprzedzające ją fale: włoską, japońską, hiszpańską i szwajcarską. Stara się ona uwieść nas dziwacznymi zestawieniami banalnych form i beznamiętną, biurokratyczną logiką. Ruch niderlandzkiej architektury jest niesamowicie kreatywny, pełen dowcipu i uroku a jednocześnie trzyma się określonych ograniczeń formalnych. Pragmatyzm, który jest jego główną cechą sprawił, że obok 'mistrzów' takich jak Herzog i de Meuron, nowa holenderska fala jest pierwszą prawdziwą architekturą czasów neomodernizmu. Pozbawiona jednak jakiejkolwiek socjalnej i fizjologicznej intensywności - jakiegokolwiek związku z historią, egzystencjalną głębią ideałów, marzeń czy innego rodzaju pośrednich wartości - aspiruje ona jedynie do funkcji 'megamaszyny' (jak nazwał systemy tworzące współczesne zracjonalizowane społeczeństwo Lewis Mumford). Zręczna i zabawna, często nawet ujmująca architektura jest odzwierciedleniem rezygnacji i dezorientacji ukrytej pod maską oświecenia, duchowego wycieńczenia udającego działalność naukową, modny brak sentymentów a nawet 'fajność' w znaczeniu władania nad złożonymi zależnościami. (...) Naiwny determinizm zastępuje tu wachlarz rzeczywistych, niestabilnych procesów socjalnych i ich własnych, nieskończenie złożonych i ciągle zmieniających się psychicznych, politycznych, erotycznych i antropologicznych infrastruktur. Pragmatyzm nowych holenderskich twórców to pragmatyzm gorszego rodzaju: jest niczym więcej, jak tylko źle przetrawionym i redukcjonistycznym Koolhaasianizmem połączonym z małostkowym biurokratycznym przymusem ('planowanie jest niemożliwe, rządzi rynek'). (...)
    Projektanci są wynalazcami obrazów wolności.  W ostatnich latach znaczenie wolności zostało jednak wyraźnie podważone: nie jest to już wolność zmieniania tego, co może nadejść, tylko wolność utrzymywania istniejącej rzeczywistości. Nie oznacza to jednak, że nasz świat pogrążył się w stagnacji. Oznacza to, że rozwój nie jest już nawet teoretycznym tematem interwencji projektowych. Jest to największa porażka naszej teorii i praktyki. Nowe koncepcje, które celebrujemy w nowych europejskich pracach są niczym więcej jak tylko pół-ideami, kliszami z odzysku i fiskalną propagandą. Tak długo, jak rynki będą odnotowywały wzrosty, ta neoliberalna logika, wykorzystywana do usprawiedliwiania praktyki, dalej będzie inspirowała mdłe, bezduszne i beztroskie 'superstrukturalne' prace. Będzie się tak działo, ponieważ od mediokracji nie ucieka się dzięki równowadze, tylko indeterminizmowi i pasji, które charakteryzują świat wynalazków i woli. Inteligencja może jedynie zoptymalizować zadania, które zostały jej przydzielone, projektowanie jest natomiast w znacznie większym stopniu kwestią kreatywnej woli; tworzy coś, co nigdy wcześniej nie istniało. Czy dzisiejsi projektanci nie powinni zatem nauczyć się lepiej władać inteligencją, zamiast organizować publiczne parady jej służalczości wobec bardziej prozaicznych sił?




tłum. Łukasz Stępnik
źródło: Sanford Kwinter, 'FFE: La Trahison des Clercs (and other Travesties of the Modern)' w: ANY (24), 1999


2 komentarze:

  1. Świetny tekst !

    Tak się ostatnio zastanawiałem nad kierunkiem jaki obiera świat , a także sama współczesna architektura . Od wielu lat lansowane hasło zrównoważonego rozwoju jest chyba ciężarem który ciąży na projektantach , bo jeżeli spojrzymy wstecz , to przełomowe dzieła i idee wymagały ogromnego poświęcenia i pasji autora , wbrew całej reszcie .

    Dysponujemy środkami którymi nikt wcześniej nie miał szansy , a mimo to nie potrafimy nadać kierunku naszemu statkowi. Pisząc w przenośni , kapitan miał zawał , czy któryś z oficerów odważy się objąć stery , czy może wyskoczy jakiś majtek który będzie miał więcej odwagi i energii żeby obrać nowy kurs , bo nie chciał bym żeby ten statek zatonął..

    Zastanawiając się dalej , przychodzi mi jeszcze jedna możliwość , architektura logiki miejsca i czasu , odnosząca się jednorazowo do danej przestrzeni , wyrastająca z jej historii , wyrażona potrzebami użytkowników , które w przyszłości mogą się zmieniać . Architekt stawał by się programistą przestrzeni , która nie jest stała , ale w zależności od potrzeb zmienia się cały czas w ramach jednego programu , będąc nadal spójna z otoczeniem i kulturą .

    Czy to jest dobra odpowiedź , nie wiem . Wiem natomiast że będę dalej studiował architekturę , mimo wszystko .

    OdpowiedzUsuń